Logo Świat Rolnika


Finanse

Czy w polskim rolnictwie jest dziś miejsce na wolny rynek?

Po zaprezentowaniu przez Ministra Rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego Programu dla Wsi pojawiło się wiele sugestii porównujących rozwiązania zaproponowane przez Radę Ministrów do tych z czasów gospodarki socjalistycznej. Czy słusznie, czy w rolnictwie jest dzisiaj miejsce na wolny rynek? Od odpowiedzi na to pytanie zależy kierunek, w którym należy reformować polskie rolnictwo.

Wspólna Polityka Rolna z założenia projektowana była jako twór mający nie podlegać mechanizmom wolnego rynku. U zarania celem nadrzędnym było zapewnienie wystarczalności Unii Europejskiej w zakresie produkcji żywności, obecnie jest to stabilizowanie rynków, aby uniknąć krachu cenowego, a w konsekwencji bankructw rolników i długofalowego problemu z brakiem żywności. Rolnicy bowiem dysponują często (a szczególnie często w polskim systemie małych gospodarstw) niewystarczającym kapitałem, aby samodzielnie przetrzymać taką finansową nawałnicę.

Rolnictwo tym się jednak różni od pozostałych rodzajów działalności gospodarczej, że w dużej mierze jest zależne od zasobów naturalnych oraz warunków atmosferycznych danego państwa, jest w tym trochę podobieństwa do energetyki, jednak nie jest ono tak dochodowe jak sprzedaż gazu czy ropy naftowej. Fabrykę maszyn czy centrum outsourcingowe można postawić w dowolnym miejscu, najlepiej jak najtańszym i konkurować kosztami, a jeśli jest to niepłacalne, to z dnia na dzień zwinąć. Tymczasem uprawa roślin wymaga specyficznego gatunku gleb czy warunków atmosferycznych, które można nawadniać czy nawozić, ale pewnych ich cech (przynajmniej przy obecnym poziomie rozwoju technologii) zmienić się nie da.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy warunkach atmosferycznych. Nie ma drugiej tak dużej gałęzi gospodarki, która podlegałaby wahaniom cenowym i podażowo-popytowym mniej zależnie od sytuacji ekonomicznej w danym państwie (żywność to dobro niższego rzędu, zaspokajające podstawowe potrzeby, więc w przypadku spadku dochodów gospodarstwa domowego nadal musi być kupowane), a bardziej od warunków atmosferycznych. Susza, powódź, grad czy przymrozek mogą spowodować ogromne szkody, a co za tym idzie, także wahania produkcji i cen. 

W związku z tym rolnictwu chyba bliżej nawet do hazardu niż klasycznej działalności gospodarczej. Przykład? Zeszłoroczne przymrozki spowodowały znaczny spadek produkcji jabłek – nie przekroczyła ona w 2017 roku 2,5 miliona ton, podczas gdy rok wcześniej wyniosła blisko 4,5 miliona ton! Szacuje się, że w tym roku produkcja może być jeszcze wyższa niż przed dwoma laty. Takich wahań produkcji,  a tym samym dostępności towaru na rynku, nie notuje się chyba w żadnej poważnej i tak ogromnej gałęzi gospodarki. Oczywiście, przymrozki spowodowały wzrosty cen, więc niektórzy sadownicy zarobili więcej, co jednak z tymi, którzy stracili ponad połowę plonów? Zbankrutują, a naturalną konsekwencją  będą niedobory podażowe w latach kolejnych i wzrost importu, który siłą rzeczy będzie musiał stawać się coraz droższy.

Ubezpieczenia rolne są niestety słabo dostępne, a jeśli już, to bardzo drogie i tym samym często niedostępne finansowo dla małych gospodarstw rolnych z powodu wspomnianego już braku kapitału, wystarczy tylko wspomnieć, że z 14 milionów hektarów użytków rolnych ubezpieczone jest w Polsce zaledwie 3,5 miliona. Minister Ardanowski zapowiedział zmiany również w tej materii i wprowadzenie państwowego systemu ubezpieczeń, jednak póki co brak konkretów w tej sprawie. Spekuluje się o formie organizacyjnej podobnej do funkcjonującej w Holandii czy Stanach Zjednoczonych – wyrównywania różnicy pomiędzy średnią dochodów z lat ubiegłych.

Kolejnym przykładem na to, że rolnictwo nie do końca podlega klasycznym rynkowym regułom, jest tegoroczna kwestia cen owoców miękkich. Według teorii ekonomii, w obecnej sytuacji, w której ceny w skupach są dramatycznie niskie, krzywa podaży (P) w marketach powinna przesunąć się w prawo z d0 do d1 (zmniejszenie kosztów produkcji i dostaw), a co za tym idzie, również punkt równowagi rynkowej (A) powinien być niższy i znajdować się w punkcie C, powodując obniżenie cen dobra. W praktyce nic takiego jednak nie ma miejsca, a jeśli już to elastyczność podaży (zależność ilości oferowanych produktów od ceny) jest na niskim poziomie lub cena pozostaje w tym samym puncie.

Przesunięciekrzywejpodażyacenarównowagi

Powody takiego stanu rzeczy są dwa. Po pierwsze, pomiędzy rolnikiem a siecią handlową znajduje się jeszcze pośrednik lub przetwórca, który ceny sprzedaży nie ma zamiaru zmniejszać (co z jego punktu widzenia jest po części zrozumiałe – jest tak naprawdę monopolistą). W dotatku "ogniwa pośrednie" niejednokrotnie korzystają z przewagi kontraktowej, chociażby wymuszając dłuższe terminy i zwlekając z zapłatą – za takie praktyki UOKiK wszczął postępowanie wobec niemieckiej spółki Doehler. Po drugie, popyt na żywność jest ograniczony i jednocześnie dość sztywny (zmiany cen nie powodują dużych zmian w konsumpcji), nie ma więc wymiernych korzyści ekonomicznych z dalszego zwiększania sprzedaży.

Trzeba pamiętać, że jednym z głównych celów wolnego rynku jest zapewnienie konsumentowi dostępu do tańszego towaru, kiedy spadają koszty produkcji. Dlaczego więc pośrednicy nie obniżają cen? Dlaczego nie boją się upadku dostawców surowca, a w dalszej konsekwencji braków towaru i spadków zysków w latach kolejnych? Powód jest prosty – pomoc państwa.

Pieniądze ze skupów interwencyjnych czy pomocy klęskowej trafiają de facto do pośredników i przetwórców, a nie do rolników (zwłaszcza tych najmniejszych). Oni płacą niską cenę za surowiec, a sadownika i tak w ostateczności utrzyma państwo. To bez cienia wątpliwości psuje rynek detaliczny i działa na niekorzyść konsumenta, podobnie jak dopłaty do wycofywania jabłek i wprowadzanie ich do obiegu żywnościowego. Z drugiej jednak strony pozostawienie rolników samych sobie doprowadzi do ich upadku, a co za tym idzie zwiększenia na wsi bezrobocia, "socjalu" i pomocy społecznej. 

Trudno zakładać, że osoba z terenów wiejskich przebranżowi się i wyruszy szukać swojego szczęścia w dużym mieście, gdzie owszem (tam i tylko tam!) mamy obecnie niedobór pracownika, ale przy pracach prostych, nisko płatnych. Takiemu rolnikowi bardziej opłaca się więc brać zasiłek, zostać w rodzinnej miejscowości bez dokładania się do PKB, ewentualnie pracować sezonowo niż przyjechać do stolicy i pedałować na UberEatsie. Jeśli ktoś mówi, że jest mnóstwo pracy w kraju, a "jego znajomi z powodu braku personelu zamknęli firmę", więc bezrobotni z terenów wiejskich mogą tę lukę wypełnić, to albo nie ma zielonego pojęcia, albo patrzy przez pryzmat dużych miast, a nie wsi i powiatów, gdzie bezrobocie często nadal jest dwucyfrowe.

Stąd pomysł Polskiego Holdingu Spożywczego, który nie będzie interweniować na rynku w sposób bezpośredni, a pośredni. Ma to w założeniu spowodować to, że pieniądze od konsumenta będą trafiać w większej mierze do sadowników i producentów owoców miękkich, a nie do przetwórców-monopolistów. Przykładowo – graczy handlujących koncentratem jabłkowym jest tak naprawdę czterech – co nosi oczywiste znamiona oligopolu (kilka dużych podmiotów na rynku, konkurujących między sobą), dzięki czemu mogą oni w ogromny sposób wpływać na dostawców jabłek i owoców miękkich. Podobnie jest z sieciami handlowymi. Silny podmiot, który skupiałby w swoich rękach chociaż część handlu hurtowego może podjąć negocjacje np. z siecią marketów. Rolnicy nie są w stanie tego zrobić, przede wszystkim ze względu na charakterystyczny dla całej gospodarki III RP niedobór kapitału i ogromne rozdrobinienie, uniemożliwające im samodzielne stworzenie takiego podmiotu.

Istnieje jeszcze jeden aspekt związany z kwestią wszelakich odmian monopoli w branży rolno-spożywczej. Przewodniczący sejmowej komisji rolnictwa Jarosław Sachajko poprosił służby państwowe o sprawdzenie sytuacji na rynku handlu cukrem. W ocenie Sachajki zagraniczne spółki cukrownicze stosują obecnie ceny dumpinowe, poniżej kosztów produkcji. Duża koncentracja kapitału w niemieckich przedsiębiorstwach produkujących cukier pozwala na notowanie czasowych strat do momentu "wykończenia" przeciwnika, a później odrobienia ich z nawiązką, kiedy z oligopolu/duopolu (dwa podmioty) tworzy się faktyczny monopol rynkowy.

Wszystkie przedsiębiorstwa państwowe mają za zadanie w pewien sposób regulować rynek, są narzędziem polityki państwa. Firma handlująca koncentratem będzie jednak prawdopodobnie pierwszą w gospodarczej historii III RP, której głównym celem będzie stabilizacja rynku w perspektywie długofalowej, a nie zysk ekonomiczny jako taki, wzrost wartości przedsiębiorstwa i wypłata dywidendy dla właścicieli. W obliczu takich, a nie innych zadań firmy, w mojej ocenie śmiało można tutaj użyć sformułowania "przedsiębiorstwo-regulator", jako spółki powołanej w głównej mierze do wpływania na rynek i konkurencję, a nie notowania świetnych wyników finansowych. "Przedsiębiorstwo-regulator" będzie mógło stabilizować rynek lub wręcz przeciwnie – w razie konieczności będzie mógł dokonać kontrolowanego wstrząsu cenowego czy podażowego. 


Polub Świat Rolnika na Facebooku i bądź na bieżąco


Ponadto trzeba pamiętać, że chociażby sadownicy znaleźli się w obecnej sytuacji nie z powodów własnych zaniedbań, a z powodów stricte politycznych. Embargo nałożone przez Rosję na polskie jabłka spowodowało, że z dnia na dzień utracili oni ogromny rynek zbytu, pod który produkcja była bardzo mocno przystosowana (to naleciałości jeszcze z czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej). To samo tyczy się chociażby producentów drobiu. Rolnictwo często, znacznie częściej niż inne branże, pada zresztą ofiarą politycznych rozgrywek, na co sami producenci i rolnicy nie mają najmniejszego wpływu, bo są tylko zakładnikami w tej walce.

Afrykański pomór świń czy ptasia grypa również jest powodem zamknięcia niektórych rynków, będącym niezależnym od producentów. W każdej chwili jedna decyzja polityczna może z z powrotem otworzyć rynek rosyjski dla jabłek czy chiński dla wieprzowiny, a przecież nie jest to produkcja, którą uruchamia się z dnia na dzień. Trudno oczekiwać więc, żeby producenci grali na klasycznych rynkowych zasadach, jeśli działają w tak ogromnym zakresie niestabilności działalności gospodarczej.

Tym, co całkowitą z pewnością wyklucza obecnie wprowadzenie całkowicie wolnego rynku w rolnictwie na terenie Polski, są dopłaty bezpośrednie, które w zależności od kraju potrafią dość mocno się różnić. W teorii miały one stanowić zabezpieczenie interesów rolników oraz dochodów na obszarach wiejskich, w praktyce stały się narzędziem wpływania na konkurencję między poszczególnymi państwami. Ogromnym beneficjentem dopłat jest na przykład koncern Nestle.

Jeśli rolnicy nie startują z jednakowego poziomu, to trudno mówić tu o filozofii rynkowej. Tymczasem polscy rolnicy otrzymują zaledwie 83 procent średniej unijnej dopłaty do hektara, co daje nam dopiero 22 miejsce we wspólnocie. Przy takich różnicach nie jest możliwe podjęcie walki z konkurentami np. z Holandii, gdzie rolnictwo jest intensywne (m.in. dzięki różnicom w środkach unijnych). Postulat zrównania dopłat bezpośrednich we wszystkich państwach po roku 2020 w pewnym sensie stanowi "uwolnienie rynku", gdyż wszyscy będą startować z tego samego poziomu, który co prawda nie będzie zerowy, ale przynajmniej równy dla wszystkich.

Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule jest obecnie w mojej ocenie negatywna i jeszcze długo taka będzie. Wsiedliśmy, jako kraj, do pociągu, którego jesteśmy jednym z kierowników wagonu, ale nie jesteśmy maszynistą. Póki Wspólna Polityka Rolna będzie miała obecny kształt, to uwolnienie polskiego rolnictwa i postawienie na czystą regulację rynkową na terenie Unii Europejskiej nie jest w żaden sposób możliwe.

Oczywiście, nie mówimy tutaj o ograniczeniu podatkologii, biurokracji i papierologii. Bo to jak najszybciej należy uczynić, aby tym małym rolnikom realnie pomóc. Nadmiar administracji jest aż nadto widoczny, często nieuzasadniony żadnymi przesłankami obiektywnymi ani przepisami unijnymi. Były prezes Optimusa, a obecnie hodowca owiec pan Roman Kluska lubi przytaczać anegdotę, w której polski rolnik liczy stado z drona za pomocą lasera, a niemiecki prowadzi dokumentację "na drzwiach od stodoły". Absurd. Dobrym krokiem było na pewno wyłączenie z przepisów dotyczących płacy minimalnej pracowników sezonowych zatrudnionych w rolnictwie, bo po pierwsze przez to dochodziłoby do absurdów, w których pracownik zarobiłby więcej niż właściciel plantacji, a po drugie tych pracowników prawdopodobnie w ogóle nie dałoby się znaleźć.

Sporo zależy też od tego, jak w przyszłości będzie wyglądać rynek handlu detalicznego i pośredników pomiędzy sieciami handlowymi a rolnikami. Polski Holding Spożywczy, w skład którego wejdą "przedsiębiorstwa-regulatory" – spółki regulujące rynek w sposób pośredni, wydaje się więc w tym kontekście swego rodzaju koniecznością, uzasadnioną w mojej ocenie wyżej wymienionymi czynnikami. 

Trzeba też pamiętać, że jeśli polskie rolnictwo miałoby się rozwijać, to konieczne jest wejście na kolejne rynki eksportowe poza Unią Europejską (Chiny, Japonia, Afryka, powrót na rynek rosyjski). Tymczasem bariery eksportowe, sanitarne i celne nakładane przez te państwa powodują, że uwolnienie polskiego rolnictwa w tym zakresie zupełnie nic by nie dało, mogąc przynieść więcej szkód niż korzyści.

Podstawową kwestią, która powinna przyświecać w kontekście polityki ekonomicznej wobec rolnictwa, jest nie jego dynamiczny rozwój, który może skończyć się krachem, a stabilizacja, często kosztem wolności rynkowych. Poddanie rynku całkowitej regulacji popytowo-podażowej z dużym prawdopodobieństwem może skutkować ogromnymi wahaniami cen żywności, co byłoby ogromnie niekorzystne nie tylko dla samych rolników, ale przede wszystkim konsumentów.

Bartłomiej Orzeł

Autor jest komentatorem ekonomicznym, absolwentem Wydziału Ekonomii, Finansów i Zarządzania Uniwersytetu Jagiellońskiego, współpracownikiem Instytutu Gospodarki Rolnej. Publikował na portalach: SwiatRolnika.info, wSensie.pl, wGospodarce.pl, KlubJagiellonski.pl, DoRzeczy.pl oraz w "Uważam Rze".

Fot. StevanBaird/CC-BY-ND 2.0/flickr.com

Źródło wykresu: https://slideplayer.pl/slide/803541/


Polub Świat Rolnika na Facebooku i bądź na bieżąco


Hodowla i uprawy

Od jakiegoś czasu coraz częściej usłyszeć można o rolnikach, którzy mają problemy z sąsiadami, kt&oacu...

Fundacja Viva!, Otwarte Klatki, Mondo Cane i inni będą dziś zdzierać gardła przed Sejmem RP, próbując pr...

Jan Krzysztof Ardanowski zapowiedział wycofanie z projektu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt zapisu dotyczące...

Młody rolnik z województwa łódzkiego uczcił pamięć Powstańców Warszawskich i wyciął na p...

Może ktoś zarzucać, że Kowalski zapłaci, a rolnicy dostaną rekompensaty. Skarb Państwa będzie chciał to odzy...

140 tysięcy zwierząt znajdowało się w zakażonej ASFem największej rumuńskiej, a w drugiej Europie hodowli świ...

To zakrawa na absurd. Doskonale prosperująca branża drobiarska stała się celem ataków aktywistów ek...

Niemal cała wieś Dawidy, mieszkańcy sąsiednich miejscowości oraz przedstawiciele Unii Warzywno-Ziemniaczanej zab...

Powierzchnia upraw, które ucierpiały w Polsce z powodu suszy to 2583 tysiące hektarów (to stan na 16 ...

Komisja Europejska oficjalnie zarejestrowała inicjatywę "End the Cage Era", czyli  "Koniec Ery Klatek". Rozpoc...

Z dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej Jackiem Podgórskim na temat sytuacji na rynku owoców rozmawia ...

Tegoroczne obserwacje wspólnotowego rynku wołowiny potwierdzają istnienie trendu, który z punktu widz...

Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.